Misser

Misser, czyli nieznana perełka pop punku

Przychodzi wokalista zespołu pop-punkowego do wokalisty zespołu pop-punkowego i pyta – Może nagralibyśmy coś razem? – na co ten drugi mu odpowiada – Czemu nie? – I w ten sposób powstają dzieła, które mogą bić się o miano pop-punkowych albumów roku. Panie i Panowie, oto Misser, genialne dziecko współpracy Tima Landersa z Transit i Brada Wisemana z Time Next Year. Kawał dobrego grania. Bardzo niedocenionego i wartego odkrycia.

Nowe pop punkowe albumy brzmią całkiem inaczej, niż te które przyniosły sławę temu gatunkowi pod koniec lat ’90. Można to kochać, nienawidzić, akceptować lub nie, ale rynek muzyczny się zmienia i nic na to nie poradzimy. Cieszę się, że wśród nowoczesnych kapel można wyłowić takie projekty jak Misser. Zespół do którego regularnie wracam i nie znudził mi się po pół roku katowania tego i samego.

Każdego dnia mówię sobie, że będę lepszą osobą

Misser to projekt, który miał pozwolić Timowi Landersowi uzewnętrznić swoje odczucia na temat otaczającego go świata: dziewczyn, przyjaciół uzależnionych od używek, jego własnych problemów i codziennej nienawiści. Chciał napisać w końcu coś dla siebie, nie dla Transit. Ten pomysł spodobał się również Bradowi Wisemanowi, więc nagrali kilka wspólnych kawałków. Pod koniec 2011 roku album EP „Problems. Problems. Problems.” został udostępniony w Internecie za darmo. Kawałki tak się spodobały, że już 15 maja 2012 roku, współpracując z wytwórnią Rise Records, Misser wypuścił na świat longplaya pt. „Every Day I Tell Myself I’m Going To Be A Better Person”. Całość można za darmo przesłuchać na kanale YouTube RiseRecords.

Album, który zaczyna się apatycznym „Permanently” (kawałek o ciągłym kacu) zdradza smutny klimat całego albumu, jednak dopiero następny utwór w kolejce ujawnia styl muzyczny, w jakim będą przekazywane piosenki o problemach. A będzie to mieszanka pop punku z indie rockiem. I choć „Time Capsules” uważam za najlepszą piosenkę albumu, to jednym ciągiem mogę słuchać kolejno „Bridges”, „Weightless”, „Just Say It” i „I’m Really Starting To Hope The World Ends In 2012”.

W piosenkach z tej płyty jest coś takiego, że mimo iż opowiadają o kłopotach, to wcale nie psują humoru. Bez obaw sięgam po ten album, gdy jestem wesoły i wyłączam go w nienaruszonym stanie emocjonalnym. Jest nieinwazyjny, a muzyka nie dołuje. Świetnym przykładem na to jest utwór „She Didn’t Turn Out to Be That Cool”, który bez wsłuchiwania w tekst wydaje się bardzo wesoły. Zawsze daje poczucie, że będzie lepiej. I chyba to jest ta cała magia Missera.

Dystansowanie

W 2013 roku Misser wypuścił jeszcze jeden album EP o nazwie „Distancing”. Tym razem duet skoncentrował się na dystansowaniu od świata i samotności. Jednak te tematy został podane chyba w jeszcze bardziej radosnym sosie, niż poprzednie problemy. O ile w poprzednich albumach muzyka była niejednoznacznie wesoła, to na „Distancing” straciła swoją niejednoznaczność. Tu jest energetyczna i miła dla ucha.

Pięć piosenek, które trafiły na ten krążek przypomina melodic hardcore w odrobinę zwolnionym tempie i brzmią jakby były wyjęte z albumów zespołów Set Your Goals czy A Wilhelm Scream. Nic więc dziwnego, że jednym się to podoba bardziej, innym mniej. Ja mam wrażenie, że oddalenie się od indie rocka wyszło Misserowi na dobre. Jednak EP-ka jest gorsza od poprzedniego Longplaya i trzeba czekać na następny album, żeby móc ocenić czy była to zmiana na lepsze.

Dziwi mnie. że zespół nie jest znany szerszemu gronu fanów. Na Facebooku ma tylko 18 tysięcy fanów, Last.fm wskazuje 10 tysięcy słuchaczy, a Spotify 3 tysiące obserwatorów. Statystyki niespodziewanie niskie jak na kapelę, która w 2012 roku nagrała jeden z najlepszych albumów roku. Dlatego nie pozostaje mi nic innego jak polecić Missera wszystkim fanom gatunku. Ten projekt zasługuje na zainteresowanie i warto przesłuchać ich płyty chociaż raz. Tym bardziej, że są dostępne legalnie na YouTube’ie.