Ławka nad wodą.

Lubię wrzesień

Myślicie pewnie, jak można lubić wrzesień. Miesiąc, w którym kończy się lato, wakacje i wysokie temperatury, a zaczyna jesień, nauka, zimne wieczory i poranki. Sam do końca nie wiem dlaczego, ale ten drobny spadek temperatury sprawia mi przyjemność. Taki mamy klimat. Te 23 stopnie w cieniu, to coś czego nie zamieniłbym na nic innego, a orzeźwiające poranki przypominają mi maj – mój ulubiony miesiąc. Poza tym, jesień również potrafi być piękna.

Nie zrozumcie mnie źle, lubię lato, zresztą tak samo jak wszystkie pozostałe pory roku. Mam szczęście mieszkać w Polsce, która raczy mnie wszystkimi porami roku. I choć zdaję sobie sprawę, że im bliżej października, tym większe spadki temperatury, to wcale mi to nie przeszkadza. Bo nawet te poranne przymrozki potrafią być piękne. A gdy ci wszyscy jesienni narzekacze siedzą w domach, ja wychodzę na dwór i rozkoszuję się pięknem mijających dni.

Wrzesień daje poczucie wolności

We wrześniu, gdy wsiadam na rower, jadąc do mojego ulubionego parku (10km w jedną stronę), mijam tylko najwytrwalszych sportowców. Nagle na ulicach pojawia się dużo luzu. Wszyscy wakacyjni zapaleńcy w obliczu zmniejszonego czasu wolnego, rezygnują z uprawiania sportu, przez co alejki świecą pustkami. Rokrocznie świadomość tego, że zwalczyło się swój słomiany zapał podbudowuje moje ego. Ten dziwny niedobór ludzi sprawia, że w końcu na parkowych alejkach mogę rozwijać duże prędkości. Nie poruszają się po nich nieprzewidywalne dzieci, więc można samemu pobawić się w dzieciaka. Zimny wiatr chłodzi rozgrzane mięśnie, wydajność się poprawia, pobijam kolejne rekordy życiowe… Zawsze sprawia mi to ogromną frajdę. Robić to, co się lubi w miejscu, które darzy się sympatią, daje pewnego rodzaju poczucie spełnienia.

Pod względem estetycznym, przemijające lato też ma swój urok. Szczególnie, gdy liście zaczynają opadać, a słońce chyli się ku zachodowi. Uwielbiam patrzeć na kasztanowce, które mienią się różnymi kolorami i zrzucają swoje dziwne owoce, które są miłe w dotyku. Lubię nosić je w kieszeniach, szczególnie zimą. Co prawda, nie podoba mi się, że już o godzinie 19 jest ciemno, ale dzięki temu jestem zmobilizowany do wcześniejszych wyjazdów z domu. To obfituje w przyjemniejsze dla ciała warunki atmosferyczne i mam pewność, że jeżdżąc w krótkim rękawie i spodenkach, następnego dnia nie będę przeziębiony. Ale i tak najpiękniejsze co może być w tym okresie, to widoki nad ranem. Wschodzące intensywne słońce, które oświetla skąpane rosą trawy. Uwielbiam. Wolę to podziwiać zamiast marudzić jak dzisiaj jest zimno. Tym bardziej, że po południu będzie ciepło.

Powakacyjna mobilizacja

Wet grass in the morning sun
Poranna rosa. (fot. marcsiegert)

W lato są takie temperatury, że bardzo często nie chce mi się robić nic konstruktywnego. Czasami chciałoby się tylko leżeć plackiem. Jedynie akceptowalna przeze mnie prędkość poruszania się, to ta, która wywołuje uczucie chłodnego wiatru. Natomiast, gdy zaczyna się wrzesień, mając jeszcze szkolne nawyki, mobilizuję się i zaczynam pracę nad sobą. Ostatnio postanowiłem odświeżyć niemiecki od podstaw oraz zacząłem uczyć się hiszpańskiego. Po wakacyjnej przerwie wróciłem na drugi rok informatyki i na razie jestem na niej skupiony tak intensywnie, jak nigdy wcześniej. Siłowni również nie opuściłem ani razu. Chcę by to dobre samopoczucie trwało jak najdłużej. Kiedyś zazdrościłem Japończykom, że ich rok szkolny zaczyna się w kwietniu. Jednak po dłuższym namyśle, wolę tak jak jest teraz. We wrześniu jest dużo mniej wybijających z rytmu czynności.

Ok, mamy już jesień. Za niedługo będzie znienawidzona przez wielu Polaków zima. Dla mnie to oznacza przeprogramowanie mojego harmonogramu dnia na całkiem coś innego. Rower znowu pójdzie w odstawkę. Dlatego dopóki mogę odkładać to w czasie, nie zamierzam tracić czasu na narzekanie, że robi się coraz brzydziej. Chcę maksymalnie wykorzystać te ciepłe dni, a pogoda za oknem tylko do tego zachęca.