Lubię japońską muzykę

Lubię japońskie piosenki

Japonia to kraj dziwactw, które czasem są śmieszne, czasem przerażające. Momentami trudno mi nadążyć za tokiem myślenia tej nacji, jednak lubię ich muzyczną kreatywność. Japończycy potrafią łączyć style muzyczne, które wcale do siebie nie pasują i tworzą coś, co bardzo przyjemnie się słucha. Te piskliwe głosy, te teksty kipiące „kawaii”, te szybkie artykułowanie głosek… Hah, to lubię. Japońskie piosenki są [cool].

Pewnie kiedyś zdarzyło się Wam usłyszeć jakieś piosenki pochodzące z Kraju Kwitnącej Wiśni i teraz dziwicie się jak można to lubić. Ba, jak można tego w ogóle słuchać. Przyznam szczerze, że zanim polubiłem japońską twórczość kilka lat hartowałem się soundtrackami z anime. Jednak nie żałuję, że poszedłem tą drogą. Bez tego nigdy bym się nie zainteresował jRockiem, jHardcorem, jPopem i innymi jGatunkami. Słuchając języka, którego prawie nie rozumiem często trafiam na muzyczne perełki, które potrafią zawrócić mi w głowie. W tym wpisie przytoczę kilka moich ulubionych jSongów, o których nie mogę zapomnieć i co jakiś czas wracam do ich słuchania.

Słodko-strasznie


Słodki pop i mocny hardcore.
i

Maximum the Hormone (jap. マキシマムザホルモン, Makishimamu za Horumon) to zespół znany głównie z openinguendingu do anime „Death Note”. Obie piosenki bardzo lubię, jednak jest jedna, która zawsze rozwala mnie na łopatki, gdy jej słucham. Choć nie leci w moich słuchawkach zbyt często, to bez wątpienia uznaję ją za jedną z moich ulubionych japońskich tracków. Mówię o „Koi no mega lover” – mieszance jrocku, jhardcore’a i jpopu trwającej ponad 5 minut. Ryje banię. W tekście nie znajdziemy nic szczególnego, piosenka o wakacjach, rozrywce i miłości. Ponadto jest zlepkiem japońskiego i angielskiego (tak maniera japońskich artystów) przez co się nie klei. Mocną stroną piosenki jest warstwa muzyczna, która jest tak pozytywna, że słuchając jej od razu poprawia się humor.

Muzyczna opowieść

Heat-Haze Days w wersji Nico Nico Chorus jest genialna. Niezależnie od nastroju, słuchanie jej zawsze sprawia mi przyjemność. Warto ją smakować razem z teledyskiem, ponieważ to pozwala lepiej zrozumieć o co w niej chodzi. A ogólnie rzecz ujmując, chodzi o historię pewnej pary, która została uwięziona w czasie i cokolwiek by nie zrobiła zawsze wraca do punktu wyjścia. Lato, miłość, kot… krew i śmieć. W kółko jedno i to samo. Ale autor tekstu (Jin) jest na tyle dobry, że na podstawie jego vocaloidowych tworów powstały: manga, nowela i anime. To mówi samo za siebie. Wracając do piosenki, dlaczego nie podaję oryginału? Ponieważ wolę wersję śpiewaną przez chór. Więcej głosów dodaje jej większego dramatyzmu.

Vocaloidowa Diva


Polskie tłumaczenie „World is Mine”.
i

W ten sposób przeszliśmy do muzycznego fenomenu wymyślonego przez Japończyków, czyli vocaloidów. Są to wirtualni artyści, którzy śpiewają tekst napisany przez użytkowników specjalnych programów, dokładnie w taki sposób w jaki zostaną zaprogramowani. Można to nazwać wyższym poziomem didżejowania, w którym tworzy się wokal. W tym gatunku prawdziwą megagwiazdą jest Hatsune Miku (jap. 初音ミク), która daje koncerty na całym świecie (jako, że jest postacią wirtualną, to wyświetlają ją na specjalnych telebimach). Chociaż nie jestem wielkim fanem vocaloidów, to jest kilka piosenek, które podobają mi się. Do gustu szczególnie przypadła mi piosenka „World is Mine” (jap. ワールドイズマイン). Śmieszny i słodki utwór o oczekiwaniach młodej dziewczyny wobec swojego nieczułego ukochanego, który w ogóle nie dostrzega jej starań. Troszkę śmiechu, troszkę samoironii. Piosenka jest lekka i szybko wpada w ucho. W sam raz, żeby rozpocząć swoją przygodę z vocaloidami.

Cukierkowe R’n’B


Japońsko-angielska piosenka o cukierkach.
i

Czas na CANDY POP! Choć piosenka ma już dobre jedenaście lat (wydana w 2003 r.), to nadal lubię sobie zapuścić tę wyśmienitą mieszankę jPopu, R’n’B i hip-hopu. Szczególnie w wakacje, gdy na dworze słonko mocno przygrzewa, a buzia sama się uśmiecha słysząc tę mieszankę żeńskich i męskich wokali. Śpiewa ją nieistniejący już duet Heartsdales razem z zespołem Soul’d Out. Tekst utworu opowiada o zauroczeniu i podrywaniu w iście zachodnim stylu, więc prawdopodobnie był wzorowany na amerykańskiej muzyce. Ja jednak słuchając tego utworu zawsze będę mieć w pamięci „Skittles” – doskonałe AMV z The Melancholy of Haruhi Suzumiya. Kto nie widział a jest fanem AMV-ów – polecam. Tak czy siak, uważam, że CANDY POP świetnie pasuje na każdą imprezową playlistę i choćby dlatego warto go przesłuchać chociaż raz. Ale na jednym razie może się nie skończyć.

Japoński hip-hop

I na koniec popowy jRap, którego mogę słuchać bez końca. KOKORO ODORU (jap. ココロオドル) śpiewane przez nobodyknows+, czyli pięcioosobowy zespół grający mix funku, jazzu, dance’a i hip-hopu. Jeżeli jesteście fanami Naruto, to pewnie znacie ich z openingu do Naruto Shippuuden. Jeżeli nie, to piosenka, którą Wam proponuję jest dobrym sposobem, żeby zapoznać się z ich twórczością. KOKORO ODORU często zdarza mi się zapętlać po trzy-cztery razy, bo utwór jest tak pozytywnie zakręcony, że aż smutno się robi, gdy się kończy. I w tym przypadki nie przesadzam! Tytuł piosenki w wolnym tłumaczeniu to „tańczące serce”. Mówi o tym, żeby dobrze się bawić w rytm płynącej z głośników muzyki. To utwór, którego po prostu nie mogło zabraknąć w zestawieniu moich ulubionych japońskich piosenek.

W zanadrzu mam jeszcze kilka fajnych japońskich piosenek, ale te zostawię na później. Temat na pewno nie został wyczerpany, więc możecie oczekiwać kolejnych egzotycznych „tracków” w bliżej nieokreślonej przyszłości. A Wy macie jakieś ulubione azjatyckie utwory?