Koniec Świata w Katowicach!

W końcu udało mi się zobaczyć Koniec Świata na żywo. Wstyd się przyznać, ale zespół znam od 2006 roku i od tego czasu nie wybrałem się na żaden ich koncert. Biorąc pod uwagę, że KŚ jest ze Śląska, to sam nie wiem jak mogłem do tego dopuścić, a przecież okazji było wiele. Na szczęście z okazji urodzin ul. Mariackiej w Katowicach mogłem ich zobaczyć i posłuchać. Pomimo słabej organizacji Mariacka Street Party wypadli bardzo dobrze. Wybawiłem się po wsze czasy.

Niestety, w ten dzień (pod względem muzycznym) Mariacka była dla mnie atrakcyjna tylko ze względu na Koniec Świata. Muzyka, którą można było usłyszeć przed i po koncercie w ogóle mnie nie interesowała. Niestety, pech tak chciał, że organizatorzy zaliczyli koszmarną wtopę i koncert opóźnił się o ok. półtorej godziny. Do Katowic przyjechałem pół godziny przed koncertem KŚ. Posłuchałem końcówki występu Fair Wether Friends i liczyłem na wyjście gwiazdy wieczoru.

Niestety, przeliczyłem się. Pomimo tego, że konferansjerzy zapowiedzieli Koniec Świata „za 20 minut”, byłem zmuszony wysłuchać kiepskiego, ponadgodzinnego koncertu Losza Vera. Styl muzyczny jaki prezentuje wokalista jest zgoła odmienny od mojego gustu muzycznego. To była droga przez męki, ale ostatecznie jakoś to przetrwałem (z naciskiem na słowo jakoś).

Występ chłopaków z Końca Świata zrekompensował mi fakt, że support nie wprowadził mnie w koncertowy nastrój. Usłyszałem prawie wszystkie piosenki jakie chciałem usłyszeć. Wskoczyłem w pogo i zdarłem gardło. Bardzo pozytywna impreza. Nie zabrakło starych i nowych utworów. Wszystko było ładnie zmiksowane, dzięki czemu nie czułem się zawiedziony, że było za mało klasyków. Wszystkiego było w dobrych proporcjach. Koniec Świata zagrał m.in. Granat w plecaku, Siedem zwykłych dniAtomowe czarne chmury, Dziewczynę z naprzeciwkaMizerię, Wystarczy, że serce mi bijePorąbana nocNa moście w SarajewieSerce w Paryżu. Sama kwintesencja twórczości Końca Świata.

Publika była młoda, ale dosyć wdzięczna i w miarę kulturalna. Tańczyli od początku do końca (momentami w górze było za dużo łokci), śpiewali i bawili się na całego. W pewnym momencie zrobili nawet ścianę śmierci, która niekoniecznie pasuje do klimatu muzyki, którą reprezentuje Koniec Świata, ale co z tego? Jak młodzi chcą, to niech się bawią. Mówię tak, bo publiczność była zdecydowanie poniżej 20 roku życia, przez co tańcząc między nimi czułem się nieco nieswojo. Na koniec wywołali(śmy) zespół na jednego bisa. Choć na drugiego również zasługiwali(śmy), bo bardzo długo ich wywołali(śmy), ale niestety nie udało się.

Co prawda po koncercie KŚ impreza umarła. Prawdopodobnie przez to, że organizatorzy zamiast zrobić event w jednym stylu zdecydowali się na totalny random mieszając punky reggae z muzyką klubową czy popem. Przez co ludzi nie interesowała cała impreza tylko poszczególne elementy. Dziwna polityka, ale ja ten piątkowy wieczór uważam za bardzo udany. Wraz z moimi przyjaciółmi na pewno długo go nie zapomnimy. Ale to co się działo przed i po koncercie to już materiał na inną opowieść… 😉