Fenix TX jeszcze żyje

Ciągle żywy Fenix TX. Pamiętacie go?

Fenix TX nie jest zbyt płodną kapelą. W ciągu 16 lat aktywności nagrali tylko trzy pełne albumy, zaliczyli trzyletnią przerwę, mają na koncie album live i jedną EP-kę. Sławę zdobyli trafiając na sountrack American Pie 2. Pomimo tego na próżno szukać ich płyt w serwisach streamingowych. Nic dziwnego, że wielu ludzi już o nich zapomniało. Jednak choć nigdy nie zdobyli oszałamiającej sławy, to warto o nich przypomnieć. Są reprezentantami złotych czasów Pop Punku.

Kwartet z Texasu powstał w 1995 roku jako Riverfenix, ale pod tą nazwą nie urzędowali długo, bo tylko cztery lata. Zdążyli wtedy wydać w niezależnych wytwórniach jeden album EP („B.G.O.H.” w 1996) oraz longplay („Riverfenix” w 1997). Następnie zostali zmuszeni do zmiany nazwy zespołu, ponieważ dostali wezwanie do zaprzestania naruszeń od amerykańskiego muzyka i aktora Rivera Phoeniksa. Byli jednym z pierwszych zespołów (niektóre źródła mówią nawet, że pierwszym), które wzięła pod swoje ramiona ramiona wytwórnia Drive-Thru Records. Nic dziwnego, że kiedyś w końcu musiało stać się o nich głośno.

Brand New Fenix*TX


Teledysk „All My Fault” z gościnnym
występem Marka Hoppusa.

Pod nową nazwą zadebiutowali w 1999 roku. Podpisali wtedy kontrakt z dużą wytwórnią MCA Records, która wydała ich album o nazwie Fenix TX. Duży wpływ na to miał Mark Hoppus z Blinka-182, którego siostra umawiała się z gitarzystą Feniksów. Zaproponował zespołowi występy w roli supportu podczas jednej z tras koncertowych Blinka-182. W końcu stał się ich menadżerem, ale szybko zrezygnował z tej posady, ponieważ sława jaką zdobywał Blink uniemożliwiła mu dzielenia funkcji gitarzysty i menadżera. Pomimo tego wypromował hit Feniksów „Speechless”, co spowodowało podpisaniem kontraktu z MCA Records.

Album „Fenix TX” to ponowne nagranie większości piosenek znanych z „Riverphoenix”, odrzucenie zbędnych hidden tracków, „Skinhead Jessie” i „Jaw” oraz dodanie dwóch nowych piosenek: rozpoczynającej płytę Flight 601 (All I’ve Got Is Time) oraz Surf Song. Przearanżowano listę piosenek, dzięki czemu płyta stała się bardziej zbalansowana pod względem muzycznym i wydano ją jako gotowy do osiągnięcia sukcesu produkt. Tak też się stało, ponieważ ostatecznie zajęła trzecie miejsce na liście przebojów Billboard’s Top Heatseekers. Natomiast singiel „All My Fault” osiągnął 21 miejsce na liście Billboard Modern Rock.

Z tej płyty bardzo lubię „Minimum Wage”, „All My Fault”, „No Lie” i „Speachless”. Ale ogólnie cała płyta jest nagrana w starym pop punkowym stylu, więc jeżeli ktoś lubi wracać do przeszłości, to jak najbardziej cały „Fenix TX” przypadnie mu do gustu. Muszę dodać, że miałem z nią zawsze problem. Niby uważam ją za dobrą, ale gdy przychodzi co do czego, to po kilku kawałkach przeskakuję na Blinka, Offspringa czy MxPx. Niby wszystko z nią jest ok, brzmi jakby słuchało się ikony Pop Punku, a jednak nie potrafi utrzymać przy sobie słuchacza. Może właśnie dlatego niewielu pamięta o tym zespole? Może.

Lechuza, Purple Reign in Blood i mieszane uczucia


Katie W. ma bardzo intrygujący tekst.

Kolejny album Fenix TX jest dużo mniej pop punkowy niż mogłoby się wydawać. To album rockowy z punkowymi przerywnikami. Biorąc pod uwagę, że Blink-182 w tamtym czasie również złagodniał, to nie ma się co dziwić. W końcu Fenix TX był z nimi bardzo mocno związany. Jednak w Lechuzy – bo tak nazywał się album wydany w 2002 roku – znajdziemy kilka miłych dla ucha pop punkowych piosenek. Spośród jedenastu piosenek, najlepszymi kawałkami płyty są zdecydowanie „Phoebe Cats” i „Threesome”. Właśnie ten pierwszy trafił do ścieżki dźwiękowej „American Pie 2”. W Threesome może i jest trochę za dużo wycia, ale o ile nie katuje się tego kawałka non stop, to nie jest ono drażniące. Polecam również przesłuchać „Katie W.” i „A Song for Everyone”, bo te również trzymają poziom poprzedniej płyty.

Będąc szczerym, nie przepadam za albumami live. Jednak „Purple Reign in Blood” jest live’em nagranym na wysokim poziomie. Do tego stopnia, że słuchając go jako zamiennik dla studyjnych utworów, nie odczuwamy dużej straty jakości. Muzycy nabierają mocniejszego brzmienia, które ratuje bezsensowną okładkę albumu sugerującą, że mamy do czynienia z metalowym zespołem. Z płyty wycięto bisy, dorzucono covery i skupiono się na odgrywaniu piosenek z „Lechuzy”. Woląc „Fenix TX” jestem tym faktem trochę zawiedziony, bo 3 na 13 piosenek to trochę za mało. Jeżeli ktoś lubi live’y to kilka piosenek można przesłuchać na oficjalnym soundcloudzie Feniksów. Udokumentowany koncert odbył się 19 września 2005 roku w The Clubhouse w Tempe.

Nowy album? Może w tym roku. Może nie…

I to praktycznie koniec twórczości Fenix TX. Od 2005 roku, kiedy to powrócili po trzyletniej przerwie, grają koncerty oparte na płytach wydanych do 2002 roku. Plus jest taki, że wybierając się na ich show, wiemy, że dostaniemy dawkę pop punku z lat świetności tego gatunku. W przeciwieństwie do innych zespołów, Fenix TX nie wplata w swoje występy nowoczesnych brzmień z prostego powodu – bo nie ma nowych albumów.

Od wydania ostatniej płyty mija 9 lat, a po internecie krążą tylko cztery nowe kawałki – „Bending Over Backwards”, „Coming Home”, „Nothing Seems Bigger Than This” i dołączone do gry MLB 13: The Show „Spooky Action At a Distance”. Można ich przesłuchać na soundcloudzie Willa. Ostrzegam, brak im pop punkowego charakteru.

Choć nowa płyta podobno jest nagrywana od 2009 roku, to nadal nie o niej nie wiadomo. Na początku tego roku dowiedzieliśmy się, że zespół chciałby wydać ją jeszcze w 2014 roku. Na razie jeszcze tego nie zrobił. Jednak jeżeli album ma nie posiadać pop punkowej duszy, to nie jestem pewien czy chcę go usłyszeć.